Mojej córki miało nie być
Nie wiem jak zacząć, nie wiem, czy chcę wracać do tych strasznych chwil. Ale jeśli miałoby to pomóc chociaż jednej kobiecie znajdującej się w tej chwili w "mojej" sytuacji...to spróbuję.
Przede wszystkim cieszę się, że w naszym kraju powstaje coraz więcej instytucji, organizacji, stowarzyszeń, zajmujących się prawami i sprawami kobiet. Cieszę się, że problemy kobiet przestają być sprawą tylko kobiet, które same cierpią. Pomóżmy sobie nawzajem, bo naprawdę możemy wiele.
Mam dwie córki. Pierwszą ze związku małżeńskiego, która obecnie mieszka z mężem. Druga, jest ze mną. śpi w pokoju obok. Miało jej nie być.
Kiedy zaszłam w ciążę wszystko było dobrze do pierwszego USG. Wtedy lekarz zauważył, że dziecko ma "coś" koło główki i skierował mnie na specjalistyczne badania.
Był czwartek, badania mogłam zrobić dopiero w poniedziałek. Każda minuta była dla mnie godziną, a godzina wiecznością. Myślałam, że oszaleję z niepewności. Płakałam. W poniedziałek zgłosiłam się na USG, nie wiedząc w sumie po co to badanie, co to jest to "coś", koło główki, co to może być i dlaczego moje dziecko to ma. Czy cierpi?...
Pan doktor powiedział krótko: "To dziecko jest bardzo chore, nie będzie żyło. Najlepiej usunąć od razu. Nawet jakby udało się donosić, to umrze. Zrobi pani jeszcze tylko badania genetyczne i z wynikiem już do mnie, do szpitala."
Zapłaciłam i wyszłam. Coś we mnie wtedy umarło.
Z późniejszego okresu życia niewiele pamiętam. środki uspokajające, papierosy, alkohol. Badania czyli omniopunkcję zrobiłam i zawiozłam wyniki do Instytutu Badań Genetycznych, Wiedziałam tylko, że moje dziecko umrze. Czułam jego ruchy i nie mogłam się nimi cieszyć. Wyłam i biłam się pięściami w brzuch modląc się: "dziecko umrzyj już samo, teraz, bo ja nie mam siły Cię zabić".
Nikt nie wytłumaczył mi, po co te badania, jak odczytywać wyniki. Dodatkowo obciążona zostałam koniecznością załatwienia np. promesy z kasy chorych, gdzie lekarz pierwszego kontaktu był na drugim końcu Polski. Kobieta w Polsce sama musi dopilnować formalności dotyczących takich zabiegów. Czyli załatwiałam dokumenty potrzebne do usunięcia ciąży. Czułam się podle.
Chciałam skorzystać z pomocy psychologa, psychiatry, kogoś, kto mógłby mi pomóc. Ale na wizytę za 100 zł. nie było mnie stać. Nikt nie poinformował mnie o możliwości skorzystania z bezpłatnej porady.
Czułam się jak jedno wielkie nieszczęście odbijane od lekarza do lekarza. Teraz mam wrażenie, że oni się bawią w czyjeś cierpienie. Nie mam już zaufania do lekarzy, jestem wręcz do nich nastawiona wrogo. Wodniak karku u mojego dziecka "zniknął". Nikt nie powiedział mi, żebym spokojnie poczekała na wynik badań genetycznych. Nikt nie potrafił dostrzec we mnie cierpiącego człowieka. Rutyna? Sto takich kobiet dziennie? To co?
Wszystkim wtedy wali się świat. Powinnyśmy mieć w takich momentach zapewnioną od razu opiekę psychologa. Ja, gdyby nie moi przyjaciele, po prostu bym umarła razem z moim dzieckiem. A żyjemy. Tylko, że teraz muszę leczyć się z nerwicy. Ale to przeżyjemy. Jest coraz lepiej. Jednak na kolejne dziecko nigdy się już nie zdecyduję.
Agnieszka